Wyobraźmy sobie teraz, że ta część wywiadu będzie wydrukowana po angielsku dla tych, którzy nieopatrznie trafili do Polski i są głodni. Czego powinni unikać, a co powinni koniecznie zjeść?
– Powinni unikać przede wszystkim rekomendacji przewodnikowych, które mówią o narodowych polskich daniach. Bo inaczej będą w lecie jedli bigos, pierogi, pomidorową z ryżem, a to absurd. Muszą szukać regionalnych miejsc, a ta kuchnia się niezwykle w Polsce odradza. Nawet w miejscach teoretycznie pustynnych gastronomicznie można znaleźć knajpę prowadzoną przez pasjonatów, którzy odtwarzają lokalne smaki. Jeśli ja tęsknię za czymś, nie będąc w Polsce, i co mogę im polecić, to to wszystko, co z lasu płynie: dziczyzna, runo leśne, a sezon na grzyby czy borówki właśnie się zaczyna, na to bym się rzucał na ich miejscu. I chłodniki, a botwinka jest teraz w najpiękniejszej wersji, na przykład z szyjkami rakowymi albo z cielęciną pieczoną – fenomenalna rzecz!
br>
A czego ten turysta miałby się wystrzegać?
– Jeśli ktoś weźmie jakiś
przewodnik i tam poczyta, że jesteśmy dumni z tego schabowego, i go zje, to dostanie depresji.
Szczególnie wiedeńczyk.
– A przecież zupy w Polsce są genialne! I jest ich dużo, w przeciwieństwie do menu francuskiego czy włoskiego.
O! Pochwalmy nasz rosół polski!
– Rosół wcale nie jest polski.
Ale nasz jest zupełnie inny niż te zachodnie buliony, mocniejszy, warzywniejszy, potom sprzyjający...
– Nie widzę różnicy między rosołem polskim a na przykład słoweńskim. A poza tym rosół nie wydaje mi się specjalnie letnią zupą.
Kiedyś Polacy podróżowali z własnym prowiantem, obładowani puszkami i wekami, bo tak było taniej. Teraz jadą i jedzenie obcych potraw stało się nieodzowną częścią wakacji. To dobrze?
– Fundamentalnie dobrze. Podróże, a kuchnia jest składową podróży, to jest lustro, w którym cały czas się przeglądamy, by wiedzieć, kim jesteśmy tu, w naszym miejscu. Bo lustro, które mamy na co dzień, być może nas pogrubia albo wydłuża, albo skraca, i musimy szukać swojego odbicia w innych kulturach, by zrozumieć własną. Bez tego jesteśmy ślepi i bezbronni, bo nie mamy właściwego porównania. A jedzenie jest najbardziej uniwersalnym kluczem do skarbca z lokalną kulturą, historią i tradycją, bo pozwala nam opisać nawet losy danego miejsca.
Ale może, jak się na obczyźnie najemy, to wpadniemy w kompleksy?
– Mój Boże, wiadomo, że kolebką cywilizacji nie są Bory Tucholskie, tylko wybrzeże Morza Śródziemnego, i kiedy ludzie tam pisali traktaty filozoficzne, to tutaj opędzaliśmy się od pszczół. Ale to nie jest powód do żadnych kompleksów!
Rozmawiał Piotr Najsztub
Robert Makłowicz (46 lat) jest dziennikarzem i publicystą znanym przede wszystkim z zamiłowania do kuchni i podróży. Ormianin z pochodzenia, krakowianin z wyboru, duchem jest obywatelem c.k. monarchii . Od ponad 10 lat w TVP2 poszerza kulinarne horyzonty Polaków w programach „Podróże kulinarne Roberta Makłowicza” oraz „Makłowicz w podróży”. Jego barwny i cięty język sprawił, że był nominowany do tytułu Mistrza Mowy Polskiej. Dzięki niezwykłym porównaniom („ciasto kruche jak pokój na Bliskim Wschodzie”, „piana trzyma się miski jak Rosjanie Kaliningradu”, „ten barszcz jest czerwony jak sztandar PPS ”) został ikoną Internetu – jest między innymi bohaterem piosenki „Być jak Robert Makłowicz” złożonej ze zmiksowanych wypowiedzi publicysty.