Jednak nie było prawdą, że w betonowej podłodze piwnicy zalano dziecięce szczątki. Możliwe, że to, co przesuwało meble, kwiliło po nocach i nie dawało spokoju każdemu z kolejnych właścicieli domu, to były duchy dzieci. Lecz one zginęły zupełnie inaczej, niż szeptano. Mroczna tajemnica nadal krąży w dusznym powietrzu nad domem przy jednej z głównych polskich tras.
Dom jest do sprzedania. Po raz dziesiąty? Dwunasty? Trudno to sprawdzić, chyba że w księgach wieczystych, ale postronni nie mają do nich dostępu. Naprzeciw domu po drugiej strony szosy stoi przydrożna kapliczka. Jakby chciała ochraniać ludzi mijających to miejsce. Bo ludzie mówią, że tu straszyło zawsze, dlatego kapliczkę wzniesiono już ponad sto lat temu. Szeptana wieść o fatalnym domu niesie się od lat. Najpierw słyszało się, że tam straszy – czyli ktoś niewidzialny chodzi, stąpa, najczęściej nocą czyni niepostrzeżenie rumor. W kredensie, zwłaszcza koło północy, dzwonią zastawy; niekiedy z półki nad zlewem spadają z hukiem naczynia na kuchenną podłogę. Jakby ktoś przedramieniem starł te naczynia z blatu wprost na podłogę.
Wersje są różne. Mówiono, że naczynia kuchenne naraz zaczynały drżeć, jakby nastąpiło niespodziewane trzęsienie ziemi. Albo jakby ktoś poruszał szafką czy kredensem i wszystko dzwoniło, rytmicznie, jazgotliwie. I te kroki! W ciemnej nocy, budzące domowników. Raz ciężkie, jak odgłosy powolnego spaceru w nocnej ciszy kogoś w twardych buciorach, raz niczym plaskanie drobnych, kobiecych albo dziecięcych, bosych stópek. Nikt z obcych ani z odległych sąsiadów – bo dom stoi na wzgórzu – nie mógł sprawdzić, co się tam nocą dzieje. Kolejni właściciele prawdopodobnie z czymś się zdradzali swoim przyjaciołom, a ci – jak to zwykle bywa z „tajemnicami przekazanymi w największym zaufaniu” – również w tajemnicy przekazywali te wieści innym „zaufanym” przyjaciołom. I owa tajemnicza wieść niosła się niczym liść na fenowym wietrze. Właściciele rzeczonego domu zawsze zaprzeczali, słysząc pytanie o duchy. To bzdury – twierdzili oburzeni. Nikt i nic tu nie straszy – zapewniali. Tylko dlaczego ten dom wciąż wystawiany jest na sprzedaż?
Czysta hipoteka
Przed kilkoma laty miasto i okolicę obiegła wieść, że dom sprzedany, nowy właściciel pochodzi z zewnątrz, i że on wie o plotkowaniu na temat tutejszych strachów i duchów, ale kpi z tych przesądów. Już się do domu wprowadził, nic się nie dzieje. Niedługo potem jednak rozeszła się wieść, że to ostatni, poprzedni właściciele puszczali plotki o strachach, gdyż chcieli, by ten „dom nie poszedł w obce ręce”. Obce? A przecież poszedł. Właśnie w obce. A po kilku tygodniach znów ukazało się ogłoszenie: „Dom na sprzedaż, czysta hipoteka”. Czemu już na sprzedaż? Czysta hipoteka? Co to znaczy? Jak się sprzedaje, to musi być czysta – zastanawiano się we wsi.
Po różnych ścieżkach i meandrach historii tego obiektu znalazł się jednak kolejny, nowy nabywca i przerobił go na przydrożną knajpę. Nazwa lokalu miała zachęcić swą oryginalnością: „Zaczarowany zajazd”...
Znów się mówiło o tym wzgórzu. Nieco inaczej. O nazwie – że to jakoby próba „zamówienia” fatalnych sił, odczynienia czarów – bo chyba jednak tam straszyło, jakieś czary miały tam miejsce; może działały tam nieczyste duchy, czartowskie siły. Turyści zaczęli zawijać do zajazdu „na kawkę”, „obiadek”, „śniadanko” – jedni z potrzeby, inni z ciekawości. Miejscowi także zawijali – z wielkiej ciekawości.
Trudno dociec, czy było prawdą takie oto zdarzenie: Otóż podobno jakaś rodzina wracając z urlopu zafundowała sobie w „Zaczarowanym zajeździe” obiad, choć było już grubo po południu. Kelnerka podawała zamówione dania z uśmiechem. Potem ktoś dodawał: z dziwnym uśmiechem. Małżeństwo – wraz z dwójką dzieci – otrzymało po posiłku zamówioną herbatę. I naraz w rękach dzieci popękały szklanki i szkło wypadło z hukiem na posadzkę. Dorosłych przeszył dreszcz – byli jedynymi w sali konsumentami, żadnych innych gości, nikogo z obsługi. Przestraszeni i zatroskani o dzieci sprawdzali ich rączki. Ani śladu skaleczeń. Parujący wrzątek nie poparzył żadnego z malców. Na posadzce, prócz szkieł z rozbitych szklanek, nie było kropli cieczy. Wyparowała? Tak nagle? Upalny przedwieczerz wcale tego nie wyjaśniał. Mężczyzna zaczął wołać, w końcu wrzeszczeć, domagając się przybycia obsługi. Dopiero po dłuższej chwili zjawiła się kelnerka – z tym samym dziwnym uśmiechem i jakby nigdy nic, jakby nikogo i niczego nie słyszała, zapytała zalotnie, czy czegoś jeszcze nie potrzebują; i że mogą tu zanocować, przecież to koniec weekendu, a droga zapchana. Na prośbę, by kelnerka posprzątała rozbite szklanki, kobieta odrzekła z tym samym uśmiechem: – Państwo tu pierwszy raz, nie wiedzą państwo, że przecież nic się nie stało. I poszła, pozostawiając im swój niepokojąco słodki uśmiech.