Z Anette Kannegaard, zajmującą się channelingiem i popularną w Danii jasnowidzącą, która doradza politykom, aktorom, piosenkarzom oraz zwykłym ludziom, rozmawia Katarzyna Kaczmarek. Jak objawiało się u Pani jasnowidzenie? – Nie miałam na to żadnego wpływu i nie potrafiłam tym kierować. Po prostu... pojawiała się myśl, obraz... Rzadko potrafiłam odgadnąć swoje losy, informacje dotyczyły raczej osób mi bliskich. Może już wtedy moim zadaniem było pomaganie ludziom? Pamiętam przypadek mojego sąsiada, miłego pana w średnim wieku, kiedy „coś” podpowiadało mi, żebym poprosiła go, aby poszedł do lekarza. Pewnego dnia podeszłam do niego i powiedziałam, że musi się przebadać, bo inaczej umrze. Mężczyzna był wściekły, że sobie z niego tak okrutnie żartuję, ale... poszedł do przychodni. Okazało się, że ma raka. Chorobę wykryto jednak tak wcześnie, że po operacji prawie natychmiast wyzdrowiał. Dał mi wisiorek z serduszkiem, na którym było wygrawerowane jedno słowo: dziękuję...
Czy od dzieciństwa była Pani wróżką, a z czasem zaczęła Pani zajmować się tym zawodowo? – Nic podobnego! W okresie dojrzewania przebłyski jasnowidzenia były coraz rzadsze, aż w końcu zanikły zupełnie. Odkryłam w sobie nową pasję: nauki ścisłe, byłam najlepsza w szkole z matematyki. Zaczęłam studiować ekonomię na uniwersytecie w Kopenhadze. Po ich ukończeniu rozpoczęłam pracę jako księgowa. Prowadziłam życie normalnej, młodej kobiety: interesowały mnie ciuchy, kosmetyki, koncerty, teatr... Umawiałam się na randki, miałam duże grono znajomych. Gdy mama mówiła: „Jak byłaś mała, to przewidywałaś przyszłość”, wzruszałam ramionami.
A jednak Pani nie uciekła przed przeznaczeniem... Podobno ma Pani w Danii tylu klientów, że trzeba się zapisywać z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem... – Różnie to bywa... Ale zapewniam, że jeżeli ktoś ma problem wymagający natychmiastowej pomocy, to mu jej nie odmówię. To nie ludzie są dla mnie, ale ja dla nich... A co do przeznaczenia... to chyba rzeczywiście nie wywinęłam się. Praca księgowej zupełnie mnie nie satysfakcjonowała, nudziła mnie, nużyła... Znacznie bardziej interesowali mnie ludzie, z którymi pracowałam. Miałam dużo znajomych i przyjaciół, którzy zwierzali mi się ze swoich problemów. Doradzałam, jak mogłam, ale z punktu widzenia życzliwej kobiety, a nie jasnowidza, w większości przypadków jednak ograniczałam się do słuchania. W wolnych chwilach ćwiczyłam jogę, skończyłam nawet kursy uprawniające mnie do jej uczenia. Ale ciągle szukałam swojego miejsca w życiu...
Podczas jednego z warsztatów przeprowadzonych w Polsce powiedziała Pani, że człowiek musi być otwarty na znaki, które wysyła do niego wszechświat... Czy i w Pani życiu pojawił się drogowskaz, który pokazał właściwą ścieżkę? – Tak właśnie było. Koleżanka poprosiła mnie, żebym poszła z nią na kurs masażu twarzy. Zgodziłam się. Po jego ukończeniu zaczęłam pracować w salonie kosmetycznym i stało się ze mną coś dziwnego... Dotykałam twarzy pacjentek i czułam coś, co można porównać z oglądaniem telewizji z wieloma programami. Kanał pierwszy, drugi, trzeci... poszczególne wydarzenia z życia kobiet. Pytałam je, czy dane fakty miały miejsce i one je potwierdzały. Z czasem zaczęły się pojawiać obrazy dotyczące przyszłości... Pytałam klientek, czy chcą wiedzieć, co „widzę”, większość była ciekawa... Zauważyłam, że kobiety nie przychodzą do mnie na masaż, lecz po „odczyt”. Byłam zdezorientowana, tym bardziej że nie umiałam jeszcze wtedy odpowiadać na zadawane pytania. Na przykład, klientka pytała, czy mąż ją zdradza, odpowiedź mogła się pojawiać lub nie. Musiałam coś ze sobą zrobić, postanowiłam poszerzyć swoją wiedzę na temat psychologii, jasnowidzenia, bioenergoterapii. Zapisałam się do Szkoły Ezoterycznej przy Wydziale Psychologii w Kopenhadze.
Znalazła tam Pani odpowiedź na stawiane sobie pytania? – Przede wszystkim zrozumiałam, że jasnowidzenie nie jest niczym nadzwyczajnym. Od zarania ludzkości byli ludzie, którzy mieli takie umiejętności. Uznałam, że jestem narzędziem w rekach naszych „niebiańskich pomocników”, obojętnie jak ich nazwiemy: aniołami, strażnikami, opiekunami. Istoty te nie mogą objawić się nam bezpośrednio, dlatego wybierają channel (ang. kanał), przez który płyną informacje.
Jak Pani stała się kanałem dla istot duchowych? – Wszystko w życiu wymaga pracy, wysiłku i zaangażowania. Poznałam specjalne techniki ułatwiające otworzenie się na kontakt z niebiańskimi pomocnikami. Przede wszystkim zrozumiałam, kto przeze mnie przemawia... Dowiedziałam się tego w dość śmiesznych okolicznościach. W swojej pacy często używałam magnetofonu, który nieustannie się psuł. Gdy kupiłam czwarty z rzędu egzemplarz, który również nie chciał działać, zapytałam głośno: „O co tu chodzi, czy czegoś nie rozumiem?”. Usłyszałam w głowie odpowiedź: „Jestem Kuthumi, będę cię wspierał w twojej pracy i będziesz przekazywała moje słowa”. Kuthumi to istota ze świata duchowego, opiekun niematerialnej wyroczni... Była to najważniejsza chwila w moim życiu, poczułam ogromne wsparcie i miłość, pewność i siłę. Po roku od tej chwili zadźwięczał mi w uszach inny głos, usłyszałam: „Jestem Kwan Yin”, której to energia jest ze mną do dzisiaj. Jest to bogini, która opiekuje się zagubionymi ludźmi, jest energetyczną matką nas wszystkich...