Jasno oświetlony kościół świętych Piotra i Pawła, a za nim klasztor zakonu franciszkanów niczym wyspa światła powoli wyłaniają się z listopadowych ciemności i mgieł. Tuż obok, na parkingu stoi kilka autobusów z Polski Północnej, są też auta osobowe. Jednak one już toną w zmierzchu. Przed kościołem stoi starsza kobieta. Na pytanie, czy przyjechała na mszę w intencji uzdrowienia, odpowiada, że tak. W każdą pierwszą sobotę miesiąca prowadzi ją ojciec franciszkanin Maksymin Tandek. Słyszała o nim bardzo wiele, o jego sile oddziaływania, o tym, że podczas mszy dochodzi do uzdrowień, więc chce go zobaczyć. Przekonać się, czy jest tak, jak mówią ci, którzy tu przyjeżdżają po kilka razy.
Drzwi do świątyni otwierają się bardzo lekko, ale tuż za nimi nie ma wolnego miejsca. Ściśnięci ludzie trzymają różańce i odmawiają modlitwę. Przed nami morze głów. Kościół wypełniony jest po brzegi. Żeby być bliżej ołtarza, a tym samym ojca Maksymina, trzeba przyjść kilka godzin wcześniej. W trakcie różańca wchodzą kolejne osoby. Tuż obok mnie, na krześle przyniesionym z domu, siedzi starszy schorowany mężczyzna. Z zamkniętymi oczami bezgłośnie wymawia słowa modlitwy i przesuwa paciorki różańca. Jest zagłębiony w modlitwie. Może teraz mniej cierpi… Jest też bardzo wiele młodych osób, równie skupionych. Wzrok wszystkich skierowany jest ku ołtarzowi, przed którym ledwie widoczna jest postać księdza Maksymina.
Pierwsze, co zwraca uwagę, to niebywale ciepła barwa głosu. Wystarczy się weń wsłuchać, by zapomnieć o tym, co pozostawiło się za dębowymi drzwiami świątyni i poczuć znaczenie wypowiadanych przez księdza słów.
Różaniec powoli się kończy, a ludzi nadal przybywa. Teraz rozpoczyna się kolejna część nabożeństwa. Pierwsza wspólnie śpiewana pieśń, nazywana „modlitwą wielbiącą”, łączy wszystkich. Razem z nią, ponad głowami, wyrastają przyniesione z domu tiulowe flagi w barwach białych i czerwonych. A na każdej napis: „Jezu, ufam Tobie”. Barwy obrazów i świateł łączą się z kolorami chorągwi. Powstaje wyjątkowa atmosfera.
Niektórzy wspinają się na palce, przeciskają się do ołtarza. Każdy chce zobaczyć i być jak najbliżej ojca Maksymina, zaczynającego opowiadać przypowieść o kobiecie, która oddała ostatni grosz. Oddała, bo zaufała i wierzyła. Dała wszystko Bogu, ponieważ wiedziała, że w nim jest wszystko i może na nim polegać. Chrystus daje nam siłę. Ojciec Maksymin wyprowadza z przypowieści przesłanie, że jeśli głęboko wierzymy, będziemy uzdrowieni.
Franciszkanin posiada rzadki dar skupiania na sobie uwagi. Słuchając go, ma się wrażenie, że bardzo prostym językiem mówi o największych tajemnicach życia i wiary. Stojący po prawej stronie mężczyzna ze spuszczonym wzrokiem wpatruje się w nieokreślony punkt na kamiennej posadzce. Dlaczego nie przesunął się do przodu, wykorzystując skrawek wolnego miejsca, tylko stoi ukryty pod szerokim filarem? W czym to mu pomaga? W jeszcze większym skupieniu się na słowach ojca Maksymina? Nabożeństwo dobiega końca. I jak zawsze, nikt zaraz nie opuszcza kościoła. Każdy przecież przyszedł tu po to, żeby być razem z innymi i stworzyć duchową wspólnotę. Warto czekać na chwilę spotkania z ojcem. I pomimo że dokoła jest tylu ludzi, rozmowa z nim staje się bardzo osobista.
Kościół powoli pustoszeje. Ludzie wsiadają do autokarów. Każdy z nich zawiezie do domu wiarę i miłość przekazaną od Boga za pośrednictwem ojca Maksymina. I w tym tkwi jego uzdrowicielska siła.
Zdjęcia: Ilona Słojewska
Odzyskane zdrowie
– Przychodzę bardzo często na nabożeństwa, także na te, które odbywają się w każdą środę. Ostatnio przyjechała pewna kobieta ze Szczecina, by opowiedzieć o swojej chorobie. Brała udział również we mszach odprawianych w środy do Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Po udzielonym błogosławieństwie i udziale w trzech mszach środowych, jej stan się wyraźnie poprawił, jest zdrowa. Nie jest to jedyne świadectwo uzdrowienia. Co pewien czas, podczas mszy, ludzie opowiadają o odzyskanym zdrowiu.
Co mnie skłoniło, żeby tu przyjść? Moja siostrzenica była bardzo ciężko chora i przychodziła tu, do kościoła z wielką wiarą. Ksiądz Maksymin nieraz z nią rozmawiał i to ją bardzo podbudowało i dodało optymizmu w walce z chorobą, która jeszcze trwa, ale jest już coraz lepiej – kontynuuje pani Irena. – Pod koniec mszy jest czas na uzdrowienia, błogosławieństwo, pozdrowienia. Ludzie nie opuszczają kościoła. Każdy chce zamienić kilka słów z ojcem, zasięgnąć rady, opowiedzieć o swoich problemach. Mimo że po trzech godzinach odczuwa się już zmęczenie, każdy odgania je od siebie. Ojciec Maksymin ma ogromną charyzmę.
Czuję się wzmocniony
– Ojciec Tandek jest dla każdego, także poza mszami. Przychodzi do niego wiele osób. Jedni dzielą się swoimi kłopotami, odczuciami, zwątpieniami, przeżyciami, a on umie słuchać i rozmawiać. Potrafi zatrzymać się przy człowieku. O ojcu Maksyminie i jego niezwykłej osobowości dowiedziałem się od znajomego – mówi Kazimierz W. z Torunia. – Któregoś dnia poszliśmy razem do franciszkanów. Weszliśmy do kościółka i wtedy nadszedł ojciec Maksymin. Poprosiłem go o udzielenie mi błogosławieństwa. Powiedział, żebym ukląkł przy ołtarzu, nie mogłem jednak tego zrobić ze względu na dokuczający mi ból kolan. Zrozumiał to, położył prawą rękę na mojej głowie i gorąco szeptał słowa modlitwy. Trwało to chwilę. Podziękowałem mu i zamieniliśmy kilka słów. Uderzyła mnie ciepła barwa jego głosu. Pożegnaliśmy się i wyszedłem z kościoła. Ku mojemu zaskoczeniu moje samopoczucie się poprawiło i do końca dnia byłem w dobrym nastroju. Ból kolan jeszcze od czasu do czasu mi dokucza, ale od spotkania z ojcem Maksyminem czuję się bardzo wzmocniony psychicznie.