Wybierając się po raz kolejny do aśramu Sathya Sai Baby w Indiach, wiedziałem, że spotkam tam nie tylko ubranego w pomarańczową szatę Guru i dziesiątki jego hinduskich wyznawców, ale także wielu pielgrzymów z Polski, z którymi będę mógł kontynuować rozpoczęte rok wcześniej rozmowy. Nie pomyliłem się. Stali bywalcy Moich najsympatyczniejszych znajomych, będących jednocześnie najżarliwszymi wyznawcami Swamiego, jak zawsze odnalazłem w szedzie, czyli dormitorium przeznaczonym dla Europejczyków. Między rzędami wielu łóżek, w czasie wolnym od darszanowej gorączki lub w godzinach wieczornego odpoczynku, spędzaliśmy chwile na interesujących rozmowach. Przyjaciele opowiadali o tym, co działo się z nimi od czasu naszych zeszłorocznych spotkań, wymieniali się uwagami o swoich najnowszych lekturach i duchowych fascynacjach, a nawet podawali niekonwencjonalne sposoby na przeziębienie lub inne dolegliwości. A wszystko to w atmosferze zrozumienia i poszanowania, często dość kontrowersyjnych, poglądów innych osób. Jedynym uciążliwym elementem zamieszkania w tak dużej grupie były powtarzające się sprzeczki o działanie zawieszonych u sufitu wentylatorów. Chociaż przynosiły upragnione ochłodzenie, to jednak, pracując bez ustanku, były często sprawcami nieoczekiwanych przeziębień.
Poszukiwacz prawdy Tradycyjnym mieszkańcem dormitorium był także charyzmatyczny Janek Mróz z Krakowa, emerytowany geodeta, a w życiu prywatnym uzdrowiciel i gorliwy wyznawca Sai Baby. Od 1995 r. odwiedził aśram już ponad 14 razy. Witam się z nim jak z dawno niewidzianym przyjacielem, wspominając chwile, gdy podczas mojego pierwszego pobytu w Prasanti Nilayam troszczył się o moje zdrowie, wspomagając mnie wieloma energetycznymi zabiegami.
W czasie naszych kolejnych wieczornych pogawędek Janek, charakteryzujący się żywą umysłowością i wiedzą dotyczącą świętych tekstów, wprowadza nas w arkana swoich filozoficznych przemyśleń.
– Zawsze było we mnie głębokie poszukiwanie prawdy i Boga. Błądziłem przez wszystkie religie. Byłem katolikiem, adwentystą, zielonoświątkowcem, otarłem się nawet o wiarę świadków Jehowy. Wszędzie widziano we mnie osobę z predyspozycjami do bycia osobą duchowną – wspomina Jan Mróz. – Kiedy poznałem prawdę o reinkarnacji, zrozumiałem, że Człowiek nie żyje tylko raz, ale wcielając się wielokrotnie, dąży do osiągnięcia samorealizacji, czyli zjednoczenia z Bogiem. Wtedy nadszedł czas na religie Wschodu: islam, hinduizm i buddyzm. W 1995 r. przeczytałem w miesięczniku „Nie z tej Ziemi” artykuł o Sai Babie i natychmiast dołączyłem do grupy wyruszającej do Indii. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem Swamiego na darszanie, zrozumiałem, że jest to cel moich życiowych poszukiwań. Pewność, której wtedy doświadczyłem, wypłynęła z mojego wnętrza i była całkowicie niezależna od intelektu.
W stanie czystej energii Pewnego wieczoru Janek podzielił się z nami swoim najgłębszym wewnętrznym doświadczeniem, stanem samadhi, którego doznał w aśramie w grudniu 2007 r., podczas swojego kolejnego pobytu w Puttaparthi. Cierpiał wtedy na lekki rozstrój żołądka i zdecydował się przeprowadzić krótką leczniczą głodówkę. – Przez trzy dni nie jadłem i nie piłem wody. Niejedzenie od razu przyniosło oczekiwany skutek i poczułem się znakomicie. Zapytałem więc w myślach Sai Babę, czy mam kontynuować głodówkę, i szybko dostałem odpowiedź, że jestem na dobrej drodze – opowiada. – Kontynuowałem zatem niejedzenie, zachowując jednak inne jego zasady. Powstrzymywałem się jedynie od przyjmowania pokarmów stałych, piłem natomiast dużo wody, której niedobory w indyjskim klimacie mogą szybko doprowadzić do wycieńczenia organizmu. Kupiłem także w sklepie irygator i za po mocą lewatyw wypłukałem z jelit pozostałości pokarmowe. Żeby zachować jak najlepszą formę organizmu, codziennie się gimnastykowałem, a także modliłem i medytowałem, absorbując ze Słońca energię subtelną, którą starałem się zastąpić produkty spożywcze. Jedynym jedzeniem jakie wtedy przyjmowałem były prasadamy, czyli słodycze rozdawane podczas darszanów Swamiego. Cały czas kontrolowałem także swoją wagę; w ciągu czteromiesięcznej głodówki schudłem jedynie 8,5 kg. Ważyłem wtedy niecałe 49 kg i co kilka dni pytałem w duchu Babę, czy mam kontynuować swoją głodówkę. Zaprzestałem jej dopiero, silny i sprawny umysłowo, w dniu wyjazdu z Puttaparthi.
Jam Jest – Chciałbym opowiedzieć wam o wydarzeniu, które rozegrało się w szóstym tygodniu mojego głodowania – kontynuuje swoją opowieść Jan. – Tego dnia długo medytowałem i położyłem się spać dopiero o trzeciej nad ranem. Moi współlokatorzy dawno już smacznie spali. Przed zaśnięciem zacząłem jeszcze żarliwie wielbić Swamiego, osiągając stan, w którym wszystko wokół mnie zaczęło znikać. Nie było już pokoju ani moich trzech polskich towarzyszy. W końcu ja sam zacząłem znikać, poczynając od stóp, a kończąc na głowie. Całkowicie straciłem poczucie fizycznego ciała, nie było już mnie ani nikogo innego na świecie, nie było Swamiego, nie było też Boga. Wszelkie formy przestrzeni oraz czasu przestały istnieć.
Nie straciłem jednak poczucia świadomości, że istnieję, byłem wszystkim, a wszystko było mną. Miałem w sobie potężne poczucie Jestestwa nieposiadającego cech, atrybutów, formy, działania ani imienia. Byłem świadomością, której nie można ani dotknąć, ani też odczuć.