fot. Voyage / Joanna i Piotr Tyczyńscy
Glivitium, Hlivicze, Gleywicz, Gleiwitz. Obecne Gliwice
nie zapominają o swoich burzliwych dziejach. Łączą wszystko,
co na Śląsku najlepsze – etos pracy, tradycje wielu kultur, energię młodych. Dzięki pasji zakochanych w nim mieszkańców miasto łapie dziś drugi oddech, a odnawiane zabytki postindustrialne zyskują wreszcie nowe oblicze.
Gliwice miały zawsze szczęście do ludzi. Gdy u zarania ery przemysłowej zaczęły powstawać huty i kopalnie, za rosnącym bogactwem miasta stał nie tylko wysiłek robotników, ale i entuzjazm wizjonerów – wynalazców, konstruktorów, budowniczych. Dziś inni zapaleńcy próbują ocalić ich materialne dziedzictwo. To oni mają teraz patent na Śląsk. Jak Przemo Łukasik
i Łukasz Zagała. Pierwszy urodził się w Chorzowie, drugi w Zabrzu. Połączyły ich Gliwice. Obaj studiowali architekturę na tutejszej Politechnice i odbyli staże za granicą. Ale to lokalni patrioci. Wrócili w rodzinne strony i w 1997 roku stworzyli biuro projektowe Medusa Group. Chociaż przez lata mieli pracownię w gliwickim domu towarowym Ikar, a ostatnio przenieśli się do Bytomia, nie chcą być kojarzeni
z jednym miastem. Ich specjalnością stała się rewitalizacja budynków postindustrialnych. I całe szczęście. Wpisane w śląski pejzaż perły architektury
– ceglane hale, okołofabryczne gmachy lub wieże ciśnień – stoją nierzadko puste,
są wyburzane. Medusa przywraca je miastom. Nie wystarczy remont. Tym obiektom trzeba nadać nową funkcję, zadbać o ich otoczenie, wpuścić do środka życie. Przemo Łukasik sam dał przykład, gdy parę lat temu zamieszkał w Bolko_Lofcie: przerobionym budynku lampiarni na terenie nieczynnej kopalni.
Tak zaczęła się
w Polsce moda na lofty. Od tamtej pory młodzi architekci wielokrotnie pokazywali, na co ich stać. Niedawno zakończyli prace w zabytkowym gliwickim spichlerzu, którego niesamowite wnętrza czekają już na lokatorów. W tym mieście jest to,
bez słowa przesady, projekt pionierski.
Gdyby dwieście lat temu na Górnym Śląsku nie wybuchła rewolucja przemysłowa, nikt nie wspominałby dziś o rewitalizacji. Wcześniej leżących na skrzyżowaniu ważnych szlaków handlowych Gliwic nie omijały wojny ani zarazy. Miasto przez wieki przechodziło z rąk do rąk: Polacy utracili je jeszcze za Piastów, potem należało do króla Czech, austriackich Habsburgów,
a od 1596 roku do Prus. Jednak u schyłku XVIII stulecia zaczęły się czasy węgla
i stali. W Gliwicach pojawili się inwestorzy, a w ślad za nimi – pionierzy ery industrialnej. Najsłynniejszy z nich pochodził z daleka. Dwudziestojednoletni Szkot John Baildon przybył na Śląsk w 1791 roku. Może i miał mleko pod nosem, ale entuzjazmu za trzech. Zadanie otrzymał niełatwe: nadzór nad budową nowoczesnej huty i konstrukcja pierwszego na kontynencie pieca opalanego koksem. Nie robi wrażenia? Wtedy był to prawdziwy przełom. Baildon nie poprzestał na pierwszym sukcesie:
stawiał następne huty i mosty, współprojektował także biegnący aż do Odry Kanał Kłodnicki. Gdy w 1846 roku umierał jako bogaty obywatel Gliwic, ojciec rodziny i posiadacz wielkiego pałacu, miasto zmieniło się nie do poznania. Wystarczy spojrzeć na pochodzące z epoki obrazy w tutejszym muzeum. Wszystko jest na nich jak trzeba – domy, wieże kościołów, ratusz.
Ale najważniejsze są kominy. W niebo biją kłęby dymu. Czy artyści chcieli pokazać zagrożenia epoki przemysłowej? Wręcz przeciwnie – im więcej fabryk, tym więcej pracy, a więc zamożniej. W Gliwicach było się czym chwalić. Bogini przemysłu Industria roztaczała opiekę nad hutami i kopalniami. Przedsiębiorcy zakładali potężne koncerny, fundowali sobie rezydencje, a dla przyjeżdżających ze wsi robotników budowali nowe i wygodne do życia osiedla. Kamienic w centrum nie powstydziłyby się Berlin ani Wiedeń. Pod koniec XIX wieku na ulicach pojawiły się elektryczne tramwaje – pierwsze
w Europie (ostatnio je zlikwidowano, ku rozpaczy wielu mieszkańców). Jednak największy rozgłos przyniósł miastu zakład otwarty dzięki innowacjom śląskiego Szkota, jeszcze
w 1796 roku. W Królewskiej Odlewni Żeliwa nie zadowalano się produkcją armat. Tam pracowali artyści. Któż potrafiłby dziś wykonać z żeliwa takie cacka – biżuterię, świeczniki, medaliony, kałamarze, ordery (tu w 1813 roku odlano pierwszy Krzyż Żelazny) – nie wspominając o kratach, rzeźbach i nagrobkach. Nie ma już takich technologii ani rzemieślników. Odlewnia działała aż do końca II wojny światowej, a jej tradycje kontynuują Zakłady Urządzeń Technicznych. Powstają w nich pomniki, które poustawiano w całym kraju: od warszawskiej Nike, po wizerunki papieskie.