Kiedy przed laty z inną legendą jazzu Cecilem Taylorem wracali skądś w Nowym Jorku, taksówkarz tylko na nich spojrzał: „Gracie jazz, co chłopaki? Od razu widać”. Tomasz Stańko zawsze współpracował z najlepszymi, na najwyższym, wyrafinowanym poziomie. O swojej ostatniej płycie „Dark Eyes” mówi: – po awangardzie i chaosie obrałem kierunek „bliżej ludzi”.
Nie grałem z kolegami w zośkę, nie rzucałem nożem. Najwyżej kibicowałem. Od dziecka stałem z boku stada. Outsider. Także dziś jestem samotnikiem z wyboru. Co prawda zawsze miałem dużo znajomych, ale musiałem co jakiś czas się wyłączyć. Chciałem się wyłączyć. Z największą przyjemnością.
KIJANKI
Mam jedno wspomnienie związane z Rzeszowem, którego praktycznie nie pamiętam, bo wyprowadziliśmy się z niego, gdy miałem sześć lat. To było przy jakiejś rzeczce. Stałem z boku i patrzyłem, a koledzy brali kamienie i rzucali w kijanki, które się rozpryskiwały. Straszne. Nie zapomnę tego odgłosu. Kiedy czasem wraca to wspomnienie, mam ni to obrzydzenie, ni to niechęć. Taki dziwny stan. Urodziłem się w czasie wojny, ale żadnych wojennych traum nie pamiętam. Żadnego wojennego piętna czy czegoś takiego. Tylko kijanki.
CHESTERFIELDY
Marysia Osterwa, córka tego słynnego przedwojennego aktora Juliusza Osterwy, była niby z tej samej klasy, ale mnie i kolegów traktowała jak gówniarzy. Nad wiek rozwinięta. Byłem niewiarygodnie dumny, że mnie – takiego szczyla – dopuściła do swojej bandy. Bandy, która paliła papierosy przed szkołą. Miałem wtedy ze 12, 13 lat i pierwszy raz naprawdę zapaliłem. Ale smak tytoniu poznałem już wcześniej. Na koloniach. Ktoś miał chesterfieldy. Musiały być z unrowskiej paczki. Mam sentyment do tego smaku. Tak jak do cameli i lucky strike’ów.
OJCIEC Z SIEKIERĄ, MAMA Z LAMPĄ
Chłopcem byłem drobnym, delikatnym. Włosy zawsze miałem rzadkie, w okularach chodziłem. Jeszcze na pierwszych filmach z Komedą, jak pani zobaczy, taki był ze mnie
chłopczyna cienki. Jak to mój ojciec mówił: „sczyżyk”. Nie wiem, skąd to określenie. Fizycznie byłem podobny do ojca, z charakteru do matki. Mam jej siłę i upór. Żadna trema mnie nie zeżre. To mama parła i doprowadziła do tego, że ojciec został sędzią i że przeprowadziliśmy się do Krakowa. Ojciec skończył studia adwokackie przed wojną, egzaminy sędziowskie zdał już po wojnie. Matka była zdecydowanie silniejszym ogniwem w ich związku. Opowiadała mi, że w Rzeszowie ktoś się kręcił w nocy koło domu. Ojciec wziął siekierę, a matka lampę. I poszła pierwsza. To chyba mówi wszystko. Już po śmierci ojca zamieszkałem z mamą w Warszawie, ale się nie dało razem mieszkać. Dwie despotyczne natury pod jednym dachem. Szybko zdobyłem gotówkę i kupiłem dla niej mieszkanie w Krakowie. I mama tam wróciła.