Z ojcem Maksyminem Tandkiem, franciszkaninem z kościoła świętych Piotra i Pawła w Toruniu, rektorem Wyższej Szkoły Filologii Hebrajskiej w Toruniu – rozmawia Ilona Słojewska. Podczas mszy o uzdrowienie panuje w kościele wyjątkowa atmosfera. – To, czego pani doświadczyła, to duch jedności. Bóg chce jedności, nie chce podziałów, nie chce, żebyśmy tworzyli odrębne światy, nie chce, żeby ludzie wznosili mury. Przecież święty Franciszek pokazał wielokrotnie, że między zwierzętami a ludźmi nie ma podziałów. Oswoił potężnego wilka i nazwał go swoim bratem. Ten duch jedności, pojednania jest bardzo silny. A jeszcze większym pragnieniem, jakie w sercu nosi człowiek jest jedność, pokój płynący od Jezusa. Świadcząc o nim, ludzie go doświadczają, ale też i zdrowia, osobistych emocji i uczuć. I to jest dla mnie też bardzo ważne.
W tym, co ojciec robi, wyraźnie odbija się głęboki sens powołania zakonu franciszkanów. – Człowiek tęskni za radością i nie może bez niej funkcjonować. Uważam, że należy ona do codzienności. To przecież takie normalne – być radosnym, doświadczać wewnętrznej radości. Bo przecież istotą zakonu franciszkanów jest radość. Sam święty Franciszek mawiał do braci, żeby nie byli smutni i posępni. Żeby w takim nastroju nie szli do ludzi, bo oni mają dość swoich trosk i zmartwień. Pouczał braci, by jeśli są smutni, pojednali się z Bogiem. Ukazali oblicze, które jest owocem tej zgody. Radości, którą daje Bóg, potrzebuje każdy człowiek, bez wyjątku. Myślę, że istotą duchowości franciszkańskiej jest pokazanie ludziom, że możemy o tej radości świadczyć. Pomimo ograniczeń, słabości, naszej niemocy, tkwi przy nas ktoś, kto jest większy od naszego serca. Ktoś, kto bardziej od innych kocha twoje serce i wlewa w nie radość. To jest to samo, co czytamy u proroków: Pocieszcie mój lud, mówi Pan. Tego nie jesteśmy w stanie nigdy zrozumieć ani pojąć, jak bardzo Bóg może nas kochać. Jeśli my nie jesteśmy w stanie zaakceptować siebie, a doświadczymy, że Bóg nas kocha, to można to porównać do łamania barier, przeszkód. Boża miłość daje nam pewność, że On jest przy nas, że doświadczamy męstwa, jakie nam daje, bo przecież jest i dar męstwa, o którym zapominamy. I podczas cierpienia mamy odwagę otworzyć się, stajemy się mężni, przestajemy się lękać, przestajemy się bać i doświadczamy tej mocy, jakiej Jezus udziela. Taki jest Jezus, Syn Boży.
Powiedział ojciec niedawno, że jest tylko instrumentem w ręku Boga, przez który spływa miłość i łaska na tych, którzy uczestniczą we mszach o uzdrowienie. – Tak. Miłość leczy i Jezus jest tym, który uzdrawia. Co sobotę staram się, żeby ktoś publicznie zaświadczył przed innymi, że to nie są tylko moje słowa. I jeśli ktoś ma odwagę, to może stanąć przed ludźmi i opowiedzieć. Bo mimo wszystko wykracza poza sferę osobistego życia, ale z drugiej strony dzieli się z innymi swoją radością. Szukał wszędzie pomocy, ale bezskutecznie. Doświadczył jej, zwracając się do Jezusa. Jest bardzo wiele takich przypadków uzdrowień. Pani Bożena zaczęła przyjeżdżać na msze o uzdrowienie w ciężkim stanie choroby nowotworowej. Lekarze nie mogli jej już pomóc. Nowotwór osadzony był w trzustce, a jego przerzuty w dwunastnicy i żołądku. Doświadczyła uzdrowienia podczas mszy, bo bardzo zaufała Bogu, wielbiła Go, otworzyła się i przyjęła Jego miłość. Po przeprowadzeniu badań okazało się, że jest całkowicie zdrowa. Widziałem wyniki i jestem w ich posiadaniu. Rozmawiałem z prowadzącym onkologiem. Lekarz nie mógł pojąć, jak ktoś, kto ma takie zaawansowane przerzuty, może wyzdrowieć. A jednak, tak się stało. Pamiętam ją, jak pierwszy raz przyjechała do kościoła. Była bardzo wychudzona, przygnębiona, a dzisiaj patrzę na nią i odczytuję z jej twarzy zdrowie i radość życia. To nie jest żadna sugestia, pani Bożena jest naprawdę zdrowa.
Jeśli ktoś doświadcza uzdrowienia, to czuje przede wszystkim, że może lekko i swobodnie oddychać i ma poczucie ogromnej wolności. I wtedy, jeśli widzimy kogoś agresywnego, to staramy się go zrozumieć, dlaczego taki jest, dlaczego tak ocenia świat. A to też jest wołanie tego człowieka: Zaakceptuj mnie, kochaj, szukam tej miłości, nie chcę być rzeczą, przedmiotem, jestem osobą.
Wśród osób publicznie składających świadectwo jest pewna kobieta, która nigdy w swoim życiu nie śpiewała. Tłumaczyła to tym, że śpiew nie jest naturą. Była bardzo negatywnie nastawiona do wiary katolickiej i obracała się wśród ateistów. I któregoś dnia weszła do naszego kościoła. Zobaczyła, że ludzie doświadczają radości, radują się, wielbią i te uczucia wyrażają w śpiewie, nie potrafiła jednak tego zrozumieć. I kiedy doświadczyła tej wielkiej boskiej miłości, powiedziała, że największym cudem, jaki przeżyła w życiu (i nadal doświadcza wiele łask), jest to, że jej dusza zaczęła śpiewać i odczuwać radość.
Żeby otrzymać pomoc od Boga, nie powinniśmy się w sobie zamykać… – Często tworzymy sobie obraz Boga, który o nas zapomina, nie kocha nas, jest niewrażliwy. Bywa tak, że doświadczamy cierpienia, nie rozumiemy sytuacji, jaka nas dotyka. Mówimy, że Bóg nas zostawił i odwracamy się od Niego. A to jest dziecinna postawa. Takie postępowanie prowadzi do zamykania się ze swoim cierpieniem, odcinania się od innych. Dlatego tak ważnym doświadczeniem jest otwarcie się wobec Boga. Przecież orędzie o miłości miłosiernej, jakie dzisiaj wygłosiłem podczas mszy, sprawia, że Bóg zawsze był, jest i będzie samarytański.