Identyfikowanie mnie tylko z Carmen ma miejsce jedynie w Polsce. Na świecie bardziej jestem znana jako Amneris, Dalila czy Azucena.
Z Małgorzatą Walewską rozmawia Paweł Dybicz.
– Rola Carmen uchodzi za pani znak firmowy. Jeszcze trochę, a wielu będzie myślało, że nie nazywa się pani Małgorzata Walewska, ale Carmen Walewska. Nie męczy pani ta jednostronna identyfikacja z rolą?
– Ta identyfikacja z Carmen ma miejsce tylko w Polsce. Może dlatego, że to jedyna opera, którą wszyscy znają? Na świecie jestem bardziej znana jako Amneris, Dalila czy Azucena.
– Rola Carmen należy do wyczerpujących. Powiedziała pani, że przygotowując się do niej, chudnie, ale ile kilogramów traci pani po samym występie?
– Zdarzyło mi się w czasie przedstawienia zrzucić 2 kg. Oczywiście to głównie utrata wody, którą szybko się uzupełnia, ale faktem jest, że taka rola to ciężka fizyczna robota i trzeba mieć nie lada kondycję, żeby jej sprostać.
– Miała pani śmieszne lub mniej śmieszne wydarzenia związane z „Carmen”?
– Wiele takich było, że wspomnę przedstawienie w Operze Narodowej w Warszawie, kiedy kolega postawił krzesło (na którym usiadł) na lamówce wykańczającej moją spódnicę. Im bardziej od niego odchodziłam, tym bardziej odpruwała się lamówka. Jak tylko zorientowałam się, w czym rzecz, niewiele myśląc, wróciłam do krzesła i zrzuciłam z niego mocno zdezorientowanego kolegę. Oczywiście podczas całego działania ani na chwilę nie wyszłam z roli.
Kocha szczerze, choć... krótko
– Skoro Małgorzata Walewska to „chyba najbardziej erotyczny głos na świecie”, jak można przeczytać na pani stronie internetowej, to czy Carmen jest najbardziej seksowną postacią w operze?
– To jeden z dziennikarzy znalazł na jakimś forum internetowym opinię o erotyzmie w moim głosie i posłużył się nią w wywiadzie. Uważam to za komplement.
Dla mnie najbardziej zmysłową bohaterką, w jaką mam przyjemność się wcielać, jest Dalila. Carmen ma u mnie drugie miejsce. Wysoką pozycję zajmuje też księżniczka Eboli.
– Czym w ogóle jest dla pani Carmen? Jak na tę postać trzeba patrzeć?
– Myślę, że to zależy od punktu patrzenia. Zasadniczo Carmen to kobieta dumna, wolna i uparta. Uwielbia życie i wesołe towarzystwo. Na kochanków wybiera frontmanów. Objawy słabości zniechęcają ją do mężczyzn. Kto próbuje zmienić jej sposób myślenia, przegrywa. Jak każda Cyganka wierzy w przeznaczenie i nie próbuje uniknąć swego losu. Jednak w każdej inscenizacji jest ona nieco inna, bo inne są koncepcje i wymagania reżyserów. To właśnie jest najciekawsze.
– Carmen to zdradliwa uwodzicielka czy już pierwowzór singielki, a może nawet prafeministka?
– Skłaniałabym się raczej do tej singielki, bo feministka? Hmm... Ona lubi, jak mężczyźni otwierają przed nią drzwi i podstawiają krzesło. Przeszkadzają jej dopiero wtedy, gdy ograniczają jej swobodę. Nie jest też zdradliwa! Kocha szczerze, choć... krótko. Lubi nowe wyzwania i potrzebuje zmian.
– Jaki jest pani stosunek do feminizmu, parytetu?
– Ja też lubię, jak mężczyźni otwierają przede mną drzwi i podają płaszcz. Oczywiście, jeśli chodzi o równouprawnienie w dostępie do edukacji czy pracy w różnych zawodach, to jestem za, choć i tak uważam, że na pierwszym miejscu powinny być fachowość, wykształcenie i wiedza, a nie płeć. Z drugiej strony, nie ma się co czarować, mężczyźni z racji swojej płci i siły do niektórych zajęć lepiej się nadają i odwrotnie. Niewiele jest kobiet (o ile w ogóle jakieś są?) dobrych górników czy hutników. A także niewielu jest ojców, którzy są dobrymi matkami.