W dobie wampirzej dominacji wieszczę wielki powrót żywych trupów.
Norweski „Dead snow” nakręcono przy minimalnych kosztach i właściwie mamy do czynienia z dziełkiem półamatorskim, co tylko dodaje uroku. Grupa młodych ludzi wybiera się na weekend do chatki w mroźnych górach… znacie? To posłuchajcie! Pierwsze pół godziny daje dokładnie to, czego oczekujemy, czyli prezentacje postaci w sekwencji świńskich żartów, piwko przy kominku, miejscową legendę oraz seks ubikacyjny, dość heroiczny ze względu na spadek temperatury (spółkowanie dokonuje się w wygódce na zewnątrz). Każdy dialog i wydarzenie służy jedynie temu, by jak najszybciej, po kosztach, przejść do jatki.
Tak się nieszczęśliwie poukładało, że za Hitlera, gdzieś w okolicy stacjonował sobie oddział krwawych esesmanów. Miejscowi dali im wycisk, przegnali, zarżnęli. Co z tego, skoro prawa horroru są nieubłagane i nasi Niemcy wracają zza grobu, gnijąc sobie i jedząc, kogo popadnie. A że nasi Norwedzy nie dają sobie w kaszę dmuchać, cieszymy oczy efektowną masakrą, pełną rozpędzonych zombie w mundurach, mamy dyndanie na flakach, fruwające członki, a nawet prawdziwy karabin maszynowy, pojawiający się zresztą – jak wszystko w tym filmie – kompletnie bez sensu. Reżyser uważa fabułę za zbędną, świadomie buduje sprzeczności, w zamian dając wszystko to, co w filmie o zombie pojawić się musi. Rozumie, że widz, tak jak bohaterowie, zna wszelkie możliwe zagrania i da się go zaskoczyć jedynie nowym rozłożeniem starych elementów.
Inaczej w „Świątecznej opowieści” Paco Plazy, filmie pozornie pozbawionym wątków fantastycznych. Piątka dzieciaków tuż przed Bożym Narodzeniem znajduje sobie dół, a w dole Rebekę, przestępczynię przebraną zresztą za Świętego Mikołaja. Dziewczyna miała pecha, ledwo co obrabowała bank a tu zdarzyła się dziura i nie można wyjść. Młodzi, zamiast zadzwonić po policję lub pomóc Rebece, decydują się ją przetrzymać, by zmiękła i wyznała, co zrobiła z forsą. Dziewczyna w końcu przekazuje pieniądze, by zaraz potem udać martwą, zniknąć, wrócić. Z siekierą i po zemstę.
Akcja rozgrywa się w latach osiemdziesiątych. Młodociani szantażyści z zapałem oglądają „Inwazję zombie”. Film ten, sam w sobie hołd dla paskudnych horrorów, pełni rolę komentarza do wydarzeń rozgrywających się „naprawdę”. Uwolniona Rebecca nie jest żywym trupem, lecz do takiego się upodabnia, powłócząc złamaną nogą, upaprana krwią i ziemią, oszalała z głodu, wywracająca przekrwionymi oczami – drogą tortury, bez promieniowania z Wenus, przemieniona czarem okrucieństwa, przechodzi drogę od człowieka do potwora.
Młodzi bohaterowie, podejmując walkę nie wątpią, że prześladuje ich żywy trup, broniąc się, korzystają z wiedzy nabytej z „Inwazji zombie”, a fakt, że człowiek może się przemienić wskutek nieludzkiego cierpienia nie mieści się w ich bezlitosnych mózgach. Nawet śmierć Rebeki dokonuje się w zgodzie z konwencją i widząc jej zmaltretowane ciało z przebitą czaszką trudno nie poczuć rozdzierającego przygnębienia. Właściwym źródłem grozy w horrorze Plazy są bowiem dzieci, dla potwora – podobnie jak w filmach o Frankensteinie – zarezerwował współczucie.
Wydawałoby się więc, że nie ma nic głupszego niż film o zombie, że opowieść o gnijących stworach polujących na nasze mózgi może funkcjonować jedynie jako straszydło lub kopalnia humoru. Już w samej postaci żywego trupa kryje się coś przerażającego, jakbym oglądał siebie zmienionego w kukłę, odartego z wszelkiego człowieczeństwa. Zakorzenienie konwencji w powszechnej świadomości oznacza szansę na zaszczepianie różnych treści, od komediowych aż po śmiertelnie poważne – bo przecież film Plazy dotyka do żywego i szarpie zmysły ze skutecznością „Władcy much”. Wobec skomercjalizowania się postaci wampira,
zombie movies, funkcjonujące na marginesie kina, jawią się jako podskórny protest przeciw obowiązującym, bladolicym standardom. Mam też wrażenie, że sama konwencja, choć zdefiniowana w latach sześćdziesiątych, została do dzisiaj zaledwie zapoznana.