„Trzy królestwa” to batalistyczna orgia, a zarazem dwie i pół godziny mordęgi.
Przytłaczająca jest monstrualność „Trzech królestw”. Chińska kinematografia rzuciła na front, przepraszam, na plan tego filmu wszystkie swoje siły i tak oto kosztem 80 milionów dolarów, wysiłkiem armii realizatorów i statystów powstał mamuci epos o chińskiej wojnie domowej z trzeciego wieku naszej ery. Rzecz trwa ponad pięć godzin, na szczęście podzielono ją na dwie części, z których pierwsza właśnie trafia na nasze ekrany. To jednak i tak dwie i pół godziny mordęgi.
Ogarnięty żądzą władzy premier Cao Cao (Zhang Fengyi), w rękach którego cesarz Xian Di jest tylko marionetką, chce podbić zachodnie i południowe królestwa i przejąć pełną kontrolę nad krajem. Ale lojalni wobec cesarza przywódcy obu krain stawiają opór.
No i zaczyna się batalistyczna orgia. Walki na ziemi i w wodzie, pieszo i konno. Na miecze, włócznie i łuki. Kawalkady wojsk, sznur okrętów po horyzont i akrobatyczne wygibasy wojowników. Do tego fontanny krwi, odcięte członki, pożary, epidemie oraz totalna demolka. A w rzadkich chwilach wytchnienia pościelowe szepty tudzież uniwersalne mądrości wygłaszane między łykami zielonej herbaty.
Niestety, cały ten imperialny łomot nie robi większego wrażenia, ponieważ na planie ludzkim dzieje się mniej niż mało. Dobrzy panowie są szlachetni od czubka głowy po paznokcie u stóp, noszą się dumnie, walczą dzielnie i nic nie jest w stanie naruszyć ich misternych fryzur. Cao Cao zaś to pyszałkowaty dupek, który w decydującym momencie daje się zwieść kobiecie. Cóż, John Woo – reżyser „Mission Impossible 2” – nigdy nie był mistrzem psychologii.
Ale i refleksji historiozoficznej szukać w „Trzech królestwach” ze świecą. No poza powtarzanymi co rusz przykazaniami, by nie podnosić ręki na „władzę centralną” i bronić za wszelką cenę „jedności państwa”. Ciekawe, co na to Tybetańczycy?
Bartosz Żurawiecki, „Film”
„Trzy królestwa”, reż. John Woo, Chiny 2009, Monolith, 145’, premiera 3 lipca