U Kisielewskich na Szucha kwitło życie towarzyskie. W imieniny Stefana, a także w drugi dzień świąt, przy przywiezionym z Krakowa rozkładanym stole zbierali się goście. Stanisław Cat-Mackiewicz, Waldorffowie, Andrzej Micewski, Władysław Bartoszewski. Później dołączył także Adam Michnik. A z dołu wpadał sąsiad Stefan Staszewski, do roku 1957 sekretarz KW PZPR w Warszawie. Kiedy ten ostatni się zaperzał i perorował o polityce, Kisiel udawał wzburzenie: „Czy pan musi to mówić do mojego podsłuchu? Nie może pan do swojego?”.
Mieszkanie Kisielów przy Szucha odwiedzał też Leopold Tyrmand. Czasem po prostu, żeby się posilić. Lidia Kisielewska, chodząca łagodność, nazywana przez męża pieszczotliwie Krową, słynęła z przygotowywania wspaniałych wiśniowych nalewek i znakomicie gotowała. – Wpada raz Tyrmand i narzeka: „Kręgosłup mnie boli, kości bolą”. Mama podjęła go bigosem i wódeczką. Gdy wychodził, powtarzał tylko: „Och, Lidia, wyleczyłaś mnie!” – śmieje się Krystyna Kisielewska-Sławińska.
Tyrmanda uwielbiały dzieci
– Jak on przychodził, powiewało wielkim światem – wspomina Sławińska. Choć do ugrzecznionego, miło uśmiechniętego Jerzego potrafił powiedzieć: „No i co się szczerzysz?”. Stefan, nieprzywiązujący zbytniego znaczenia do wyglądu zewnętrznego i zazwyczaj paradujący z charakterystyczną siatką na zakupy w ręku, wyrzucał Lolkowi: „Nie mogę ci darować, że zaszczepiłeś w moich dzieciach kult ubioru”.
To Tyrmand zabrał Wacka na pierwszy koncert jazzowy do Sopotu i podarował mu muszkę, w której kelnerował w czasie wojny. Studiując już w konserwatorium, Wacek zaprzyjaźnił się z Markiem Tomaszewskim i wkrótce obaj panowie zyskali sławę jako duet Marek i Wacek. Przerabiali klasykę, ale też jazz i big-beat, a zamiast poważnych koncertów serwowali widzom show. Z gwizdkami, trąbkami, klaksonami i puszczanym z ust dymem. Krytycy pisali, że w taki sposób nie grał wcześniej nikt na świecie.
Stefan był dumny z kariery syna. Zwłaszcza po tym, jak ktoś w parku przedstawił go swojemu dziecku: „Chodź, zobacz, to jest tatuś Wacka Kisielewskiego”.
Ojciec ryczał ze śmiechu
Przed egzaminem na romanistykę Krystyna dostała od ojca kartkę. – Wypisał mi na niej, co należy przeczytać, na co zwrócić uwagę – opowiada Kisielewska-Sławińska. – Nigdy nie robił nic z tego, co robią tradycyjni ojcowie. Nie sprawdzał zeszytów, nie interesował się, co robimy po lekcjach. Uważał, że każdy ma prawo do błędów – opowiadał Mariuszowi Urbankowi Jerzy Kisielewski.
Latem jeździli i w Tatry, i nad morze. Kiedyś z Jastrzębiej Góry Stefan z Krystyną wybrali się na wycieczkę do Pucka. Gdy po kilku godzinach postanowili wracać, zorientowali się, że ostatni autobus właśnie odjechał. – Tata zdecydował, że pokonamy pieszo odległość ok. 30 km. Szliśmy drogą, około północy zaczął padać deszcz, a przed nami wyrosło dwóch zakapturzonych młodzieńców. Powiedzieli, że są harcerzami i zostali wyznaczeni do pilnowania, by nikt nie wpadł w wertepy na drodze, która jest w remoncie. Idziemy z nimi, w pewnej chwili widać światła samochodu, a ja widzę, jak tata chwyta jednego z harcerzy za kark i mówi:
„A teraz ja pana wrzucę pod ten nadjeżdżający samochód”. Do dziś ma w uszach ich jęk przerażenia. Uciekli w popłochu, a ojciec ryczał ze śmiechu – wspomina Krystyna.
Zawsze był ciekaw drugiego człowieka. W tzw. psim parku, gdzie dziś biegnie Trasa Łazienkowska, spotykali się z psami dygnitarze oraz ludzie kultury z al. Szucha, al. Przyjaciół czy al. Róż. Kisiel wychodził na spacer z cocker spanielem Dyziem. Pewnego razu wrócił i pyta: „Gdzie jest ostatni numer »Kultury«? Bo mam nowego przyjaciela i muszę mu pożyczyć”. „Przyjacielem” okazał się generał Tadeusz Pietrzak, dowódca Milicji Obywatelskiej – już na emeryturze.