Władkowi, który zburzył Warszawę
Mundur zrzuca 17 września. Wraca do Warszawy, gdzie utrzymuje się z gry na pianinie, a jednocześnie współpracuje z należącą do AK organizacją Grunwald. Poznaje Lidię Hintz, która wkrótce potem zostaje jego żoną. Rodzi się syn Wacław. W powstaniu warszawskim Stefan dostaje strzał w plecy. „Mało zaszczytny” – jak autoironicznie komentował. A o wybuch powstania będzie miał nieustanną pretensję. Władysławowi Bartoszewskiemu w dedykacji napisze: „Władkowi, który zburzył Warszawę”.
Z rodziną, wywiezioną na roboty do Niemiec, spotyka się w styczniu 1945 r. w Krakowie. Kisiel podejmuje współpracę z „Tygodnikiem Powszechnym”, dostaje mieszkanie w słynnym Domu 40 Wieszczów przy Krupniczej 22, gdzie na świat przychodzą kolejne dzieci: Krystyna i Jerzy. Najstarszy syn, Wacław, szybko ujawnia talent muzyczny.
W krakowskim domu osobne mieszkanie miała Salomea Kisielewska. Nobliwa starsza pani przychodziła do rodziny na obiady, w obowiązkowym, eleganckim kapeluszu z zasłaniającą twarz woalką. – To nakrycie głowy naszą syjamską kotkę Kundę doprowadzało do szału. Gdy babcia miała przyjść, Kunda przyczajała się na szafie w przedpokoju i czekała. Kilka razy udało jej się nawet wskoczyć na kapelusz – opowiada Krystyna Kisielewska-Sławińska.
Stachu, zaszczekaj
Kisiel komponuje i wadzi się z cenzurą. Na fali wiary w Gomułkę środowisko „Tygodnika Powszechnego” przyjmuje propozycję startu do Sejmu i w 1957 r. Stefan Kisielewski zostaje posłem parlamentarnej grupy Znak. Szybko jednak traci złudzenia, że może mieć wpływ na cokolwiek.
W hotelu sejmowym dzieli pokój ze Stanisławem Stommą. Ten poważny skądinąd profesor nauk prawnych wśród wielu talentów miał też i ten, że pięknie potrafił naśladować szczekanie psa. Zabawiał tym znajomych. Kisielewski go prześladuje. Mówi „Stachu, dobranoc, ale zaszczekaj. Zaszczekaj, bo jak nie, to będę opowiadał do tego podsłuchu straszne rzeczy”. – I Stachu szczekał. Nigdy nie tracili poczucia humoru – opowiadał Jerzy Kisielewski.
W roku 1961 Kisielewscy przeprowadzają się do Warszawy, na al. Szucha – do domu nazywanego Akwarium, w którym mieszkali prawie sami partyjni dygnitarze. O przeprowadzce zadecydowało to, że Wacek zdał właśnie maturę w szkole muzycznej. Marzeniem Kisielewskich było, by uczył go prof. Zbigniew Drzewiecki.
Jerzy Kisielewski opowiadał, że decyzję o przeprowadzce do stolicy bardzo z siostrą przeżyli. Jak ktoś go uderzył workiem w szkole, to wracał do domu i skarżył się na chamstwo w Warszawie. Z kolei Krystynie dokuczały w stolicy gwiżdżący wiatr i przeciągi.
Nowe warszawskie mieszkanie było duże. Na środku salonu stanęły dwa fortepiany: ojca – do komponowania i syna – do ćwiczeń. Kiedy obydwaj zaczynali grać, w środku było trudno wytrzymać. Pewnie nie tylko lokatorom. – Mieszkanie było wyremontowane, ze świeżymi podsłuchami, jak się domyślaliśmy – opowiadał Jerzy Kisielewski.
Zamach na towarzysza
Dowód zyskali po kilku latach. W 1968 r. Stefan Kisielewski publicznie poskarżył się na „dyktaturę ciemniaków”, po czym dostał zakaz publikacji. Po dwóch latach, gdy cenzura zapisu nie zdjęła, z misją do Zenona Kliszki, wówczas wicemarszałka Sejmu, udał się Stanisław Stomma. Kliszko napadł na niego: – A wy wiecie, co on chciał zrobić? On chciał zabić towarzysza Wiesława! Może chcecie zobaczyć stenogram rozmowy?
Stomma powtórzył to Kisielewskiemu, który sobie wówczas przypomniał, że kiedyś gościł Jerzego Andrzejewskiego. Gdy żony zostały w salonie, Andrzejewski przeszedł do gabinetu gospodarza i tam miała miejsce odnotowana przez podsłuchujących rozmowa. Andrzejewski: – Nuda, nic się nie dzieje. Cenzura szaleje. Zróbmy coś! Kisielewski: – No to co możemy zrobić? Zabijmy Gomułkę. Andrzejewski: – To przyjdzie jakiś Szydlak!
Po latach, gdy swoje teczki obejrzał w IPN Władysław Bartoszewski, powiedział Jerzemu Kisielewskiemu: „Wiesz, ciekawe były te moje rozmowy ze Stefanem. Wszystko, cośmy sobie mówili przez telefon, jest spisane”.