Niedziela

Profesor Jan Talar: lekarze pobierają organy od żywych ludzi

  A A A

fot. PAP / Tomasz Gzell

Nikt chyba nie zaprzeczy, że temat transplantologii jest dość specyficzny. Ciągle dowiadujemy się o kolejnych triumfach i postępach w tej dziedzinie. Z drugiej strony ciągle na nowo, gdzieś bokami, przedostają się do opinii publicznej wieści trochę mniej krzepiące. Ostatnio TVN wyemitował wiadomość o tym, że prof. Jan Talar, znany z tego, że genialnie wybudza i rehabilituje osoby, które wpadły w stan śpiączki, oświadczył na sympozjum anestezjologicznym w Poznaniu, że „śmierć pnia mózgu nie istnieje” oraz że „lekarze pobierają organy od żywych ludzi” i że „nie ratują pacjentów tak intensywnie, jak powinni”.

Potem miała miejsce napaść prasowa na prof. Talara w „Gazecie Wyborczej” i na moją skromną osobę w „Dzienniku Trybuna”. Nazywam te publikacje napaściami, ponieważ stronią one od jakiejkolwiek fachowej dyskusji na temat śpiączki czy śmierci mózgowej, obfitują natomiast w personalne ataki na dyskutantów i zadowalają się powtórzeniem kilku uspokajających frazesów ze strony transplantologów, że wszystko jest w najlepszym porządku, narządy pobierane są od osób zmarłych i niczego nie należy się obawiać. Zupełnie pomija się w nich stale powtarzające się przypadki osób uznanych za zmarłe na podstawie tzw. kryteriów neurologicznych, a które potem powróciły do zdrowia. Pomija się także przykłady chorych, w przypadku których domagano się od członków ich rodzin wyrażenia zgody na pobranie narządów, a które to osoby również przeżyły i często prowadzą normalne, aktywne życie. Te sytuacje opisałem również w mojej książce pt. „Człowiek umiera tylko raz”. Właśnie na takie przypadki ze swojej praktyki lekarskiej powoływał się prof. Talar w swoim ostatnim wystąpieniu. Takich sytuacji, o których informowały media w Polsce i na świecie, jest sporo, ale jakoś nie robi to wrażenia na decydentach. Wydaje się, że po wywołaniu chwilowego zainteresowania wśród odbiorców wiadomości te znikają potem na jakiś czas, by kiedyś, znów incydentalnie, wynurzyć się na powierzchnię.

Jaka jest przyczyna tego stanu rzeczy? Dlaczego nie ma debaty naukowej? Dlaczego tymi tematami nie interesuje się Sejm, który tak wiele czasu poświęcił na problem uboju rytualnego? Jeśli uważamy za konieczne, aby debatować nad problemem cierpienia zwierząt, to dlaczego nie debatujemy nad sytuacją pacjentów w śpiączce i nad tym, czy opieka nad nimi jest wystarczająca? Czyżby to nie był ważny temat? A choćby istniejący w polskim prawie zapis o tzw. zgodzie domniemanej, która pozwala na pobieranie narządów od osób, które nigdy nie wyraziły swojej zgody na bycie dawcą? Czy taki stan prawa w Polsce nie powinien alarmować odpowiednich gremiów, czyli polityków, posłów i senatorów, prawników, duchownych i teologów oraz przedstawicieli różnych organizacji społecznych, pracowników czy wreszcie samych lekarzy i wszystkich, którzy zajmują się chorymi?

W odpowiedzi wypada stwierdzić, że wszystko wskazuje na to, iż temat pobierania narządów do przeszczepów stał się tematem tabu, którego po prostu nie wolno publicznie poruszać. Ściślej mówiąc, wolno pisać i informować o kolejnych sukcesach transplantologii, ale nie wolno odnieść się krytycznie do tematu tutaj kluczowego, którym jest problem śmierci mózgowej, czyli mówiąc prościej – kwestii: czy dawca żyje, czy też nie żyje w momencie pobierania od niego narządów.

Kryteria diagnostyczne śmierci mózgowej

Badania, które są wymagane, aby dokonać tak ważnego orzeczenia, są zadziwiająco minimalne: wystarczy stwierdzić śpiączkę połączoną z bezdechem na podstawie prostych testów dokonywanych przy łóżku pacjenta, które mają wykazać brak odruchów nerwowych w obrębie głowy oraz brak zdolności do samodzielnego oddychania. Badanie bezdechu polega w Polsce na wyłączeniu respiratora na 10 minut i obserwowaniu chorego, czy próbuje samodzielnie podjąć oddychanie. Badanie to jest bardzo mocno krytykowane przez lekarzy zajmujących się tematyką śmierci mózgowej. Wskazują oni na to, że jest ono podejmowane wobec chorego, który ma nadal pełne prawa jako pacjent. Stąd wynika obowiązek troski o niego, który obliguje lekarzy do działania tylko i wyłącznie w interesie pacjenta. Jakie zaś dobro może wyniknąć z tego dla pacjenta z uszkodzonym mózgiem, że przez 10 minut będzie pozbawiony tlenu? Dla lekarzy jest jasne, że badanie to jest niezwykle szkodliwe dla zdrowia pacjenta, że doprowadza do załamania się krążenia krwi w jego mózgu. Dodatkowo uszkadza ten narząd oraz może spowodować inne komplikacje, takie jak np. zatrzymanie akcji serca. Jak to możliwe, że przeprowadza się badanie określane jako niebezpieczne dla życia pacjenta, które nie może mu przynieść żadnych korzyści? Jedyna logiczna odpowiedź jest taka: pacjent ten, zanim jeszcze orzeczono u niego śmierć mózgową, już został uznany za kogoś, komu prawa pacjenta się nie należą. Na jakiej podstawie? Na zasadzie cichej zgody, że „tak będzie najlepiej”?
1 2 3 z 3 następnanastępna
oceń
1
0
Podziel się
 

Opinie

Ocena: +2 [4]
~a [2013-12-05 13:29]

Przeciez wiadomo wszystkim.Tylko niektorzy udają ,ze nie wiedzą !A nawet oburzaja się jak mozna takie rzeczy mowić ! Hipokryci dobrze wiedzą ,że od zmarłego ,trupa, nic już nie mozna pobrac ! Dlaczego udają ???

odpowiedz

pokaż 1 ukrytą odpowiedź

magazyny

dzienniki

Internet

Internet

Internet

Usługi

Wyszukiwanie wiadomości z konkretnego dnia

Poprzedni miesiąc Następny miesiąc Październik 2014
pn wt śr cz pt sb nd
29 30 1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31 1 2