Barbara Miarka (57 l.) z Ligoty Wielkiej (woj. łódzkie) wciąż ma przed oczami ten koszmar. Jej ukochany syn Marek (†25 l.) leży na szpitalnym łóżku i z każdą chwilą uchodzi z niego życie. W końcu chłopak umiera, a zrozpaczona matka obiecuje sobie, że nie spocznie dopóki nie znajdzie jego morderców. Bo pani Barbara jest pewna, że śmierć Marka to nie był wynik samobójstwa, tylko skatowania przez bandytów. Tajemniczy zgon młodego człowieka wyjaśnia prokuratura.
Wydawało się, że Marek Miarka jest szczęśliwym człowiekiem. Młody, przystojny biznesmen. Prowadził warsztat samochodowy, budował własny dom. Miał się tam wprowadzić z żoną i 5-letnią córeczką. - Zawsze uśmiechnięty, radosny. Tylko raz narzekał, że ma problemy z jakimś sprowadzonym z Niemiec samochodem. Mówił o jakieś fakturze i problemach z rejestracją wozu - przypomina pani Barbara.
Zaraz po tej rozmowie matka odebrała telefon od żony syna. Dowiedziała się, że Marek próbował popełnić samobójstwo i leży w szpitalu.
- To był szok. Tym bardziej, że wstępne ustalenia policji mówiły, że Marek upił się, rozbił trzy samochody stojące w warsztacie, a następnie powiesił się na barierce przy schodach - załamuje ręce Barbara Miarka - A przecież syn nigdy nie pił alkoholu. Kochał swoje życie i nigdy nie próbowałby się zabić - dodaje.
Pojechała do szpitala. Tam okazało się, że Marek został wprowadzony w śpiączkę kliniczną, z której nie może się wybudzić. W końcu został przewieziony do łódzkiej kliniki. Zrobiono mu rezonans magnetyczny głowy i kręgosłupa.
I wtedy specjaliści wykluczyli próbę samobójczą! Bo gdyby Marek się powiesił jego kręgosłup byłby uszkodzony. - To tylko potwierdziło moje przypuszczenia. Cieszyłam się, bo syn odzyskał przytomność i powoli zaczął wracać do zdrowia - opowiada matka.
Lekarze zadecydowali, żeby przewieźć go do szpitala do Bełchatowa, gdzie miał stopniowo dość do siebie. Ale stał się tam bardzo płochliwy i nieufny. - Wspominał nawet bratu, że ktoś przyjdzie do szpitala i go udusi - przypomina sobie pani Barbara.
Nagle Marek ponownie stracił przytomność. Tym razem nie udało się go uratować. Zmarł. Jako oficjalną przyczynę śmierci podano uraz mózgu. Sprawą zajęła się prokuratura. - Robimy wszystko, co w naszej mocy. Sprawdzamy wszystkie wątki. Nie możemy nikomu jednak postawić zarzutów - wyjaśnia Cezary Zawadzki, prokurator rejowy w Radomsku.
Co mogło być przyczyną śmierci Marka? Jego znajomi też są pewni, że nie popełnił samobójstwa. Mówią, że być może stał się ofiarą mafii samochodowej, która chciała wymusić na nim haracz za ochronę. Jak na razie, nie ma na to dowodów. - Dowiem się kto zabił mego syna! - mówi stanowczo mama Marka.
Polecamy w wydaniu internetowym eFakt.pl:
Urzędnicy PKP grzeją tylko sobie