Afryka. Wokół bujne zarośla. W oddali wyrastający z równiny wyniosły szczyt, pokryty czapą śniegu. Tragarze tańczą i śpiewają. Rozradowani poruszają się falującym kręgiem wokół szczupłego, wysokiego chłopaka o krótko przyciętych włosach.
Zbliżają się do niego, biorą go na ręce i triumfalnie podrzucają do góry. „Pawel, Paweł – brawooo!” skandują.
Paweł – bohater tej scenki, która kilka tygodni temu rozegrała się tuż pod równikiem, w Tanzanii, to Paweł Urbański: dwudziestopięcioletni, niewidomy student ekonomii z Sopotu, który w lutym tego roku zdobył Kilimandżaro – najwyższy szczyt Afryki. To, co wielu może się wydawać czymś sensacyjnym i niezwykłym, dla niego samego zdaje się być „bułką z masłem”.
– Trudno było tego dokonać? – zadaję pierwsze, podstawowe, być może trochę naiwne pytanie.
– To zależy. Ważne było wypracowanie sposobu, metody. Gdy się ją przećwiczyło, potem wszystko stawało się znacznie prostsze – odpowiada Paweł.
Algorytm był następujący: z przodu szła jedna osoba, a do jej plecaka była przyczepiona krótka lonża – pętla z liny. Paweł się jej trzymał, a jako że nie była zbyt długa, dokładnie wyczuwał ruchy poprzednika. Za nim szła druga osoba, która – gdy było trzeba – korygowała jego kroki. „Trochę w prawo, teraz w lewo” albo – „uważaj, ostrożnie, po lewej stronie masz przepaść”...
– Cały czas szedłeś samodzielnie?
– Oczywiście. Tylko raz czy dwa razy, w najtrudniejszych miejscach, dwóch tragarzy brało mnie pod ręce. I – szczerze mówiąc – to było najgorsze. W takich momentach traciłem swobodę ruchów, a tego bardzo nie lubię. Dopiero wtedy czułem się naprawdę ślepy...
Pamiętam...
Paweł stracił wzrok trzynaście lat temu. Spowodowała to retinopatia – odklejenie się siatkówki. Szczęście w nieszczęściu – dzięki temu, że nie był niewidomy od urodzenia, wie, jak wygląda świat. Wie, co to błękit, zieleń, dom, drzewo, chmury. Dzięki temu, gdy podróżuje, ci, którzy mu towarzyszą, są w stanie
„opowiadać mu krajobrazy”. Reszta – to sprawa jego pamięci i wyobraźni.