W Krakowie rusza „Wenus Polska 2008” nawiązująca do skandalizujących wystaw aktu z lat 70. dziś polscy fotografowie coraz rzadziej rozbierają modelki, a coraz częściej kulturowe stereotypy. Co nie znaczy, że nie będzie pikantnie!
Nazywa się Selena Wenus i ma elegancki makijaż. nosi czarny koronkowy gorset, pończochy, a do nich oczywiście podwiązki. Śmiało pozuje do fotografii. I jest mężczyzną. Zdjęcie duetu Zorka Project znalazło się na krakowskiej wystawie „Wenus Polska 2008” i właściwie można je potraktować jako swego rodzaju motto całego przedsięwzięcia. Po pierwsze, z powodu gorsetu – bo to, co kiedyś dla jednych było symbolem opresji, dziś innym pozwala poczuć się sobą. Po drugie, z powodu kwestii tożsamości. Otóż kiedyś wszystko było proste: kobiety były z Wenus, a mężczyźni z Marsa. Dziś wśród jednych i drugich nie brakuje kosmitów, a kobiecość i męskość to coraz częściej sprawy płynne. Tak jak kanon urody i kanon skandalu. Dziś nie szokuje już pokazanie gołego ciała, za to może szokować pokazanie gołej prawdy o sobie. Tymczasem 38 lat temu, gdy odbywał się I Salon Fotografii Artystycznej Aktu i Portretu „Venus”, fotografom w zielonych wędkarskich kamizelkach z mnóstwem kieszeni wystarczyło ustawić biuściastą panią na plaży i zamruczeć za Bogusławem Mecem: „Naprawdę jaka jesteś, nie wie nikt, to prawda niepotrzebna wcale mi”.
Przybyli ułani pod okienko (kasowe)
„Rewelacyjność tych fotografii w Polsce lat 70. nie polegała na tym, że pokazywały one nagość kobiecą w sposób bezwstydny, lecz na tym, że w ogóle odważyły się ją pokazać” – pisał o Międzynarodowym, z zczasem, Salonie „Venus” Mikołaj Kozakiewicz.
To prawda, PRL‑owska socjalistyczna obyczajowość była szalenie pruderyjna, dlatego na jej tle tak wspaniale mogła rozkwitnąć w roli gorszycielki i skandalistki zmysłowa Kalina Jędrusik. Wystarczył duży dekolt ozdobiony łańcuszkiem z krzyżykiem.
Dopiero Edward Gierek postanowił na dobre zaspokoić potrzeby Polaków. Do sklepów trafiły cytrusy, a do krakowskiej galerii inny nieznany dotąd towar – rozebrane kobiety. Iluzja konsumpcyjnego raju trwała krótko, ale i pomarańcze, i akty były w PRL zjawiskiem bez precedensu, obietnicą otwarcia na Zachód, sugestią dobrobytu i wolności. Salony aktu z przerwami odbywały się do połowy lat 80.
„Jest to krok w kierunku kulturalnego wyrobienia seksualnego naszego społeczeństwa” – notował z dumą jeden ze zwiedzających wystawę zorganizowaną po raz pierwszy w 1970 roku z okazji 75‑lecia Krakowskiego Towarzystwa Fotograficznego. Frekwencja oszałamiała. Pomimo drogich biletów (całe 6 złotych) druga edycja, „Venus 70/71”, przyciągnęła aż 240 tysięcy osób chcących podziwiać rozbierane zdjęcia. Tudzież oburzać się, że – jak napisała w księdze pamiątkowej pewna nauczycielka – „rozwijają niskie instynkty, co w rezultacie prowadzi do prostytucji (a w związku z tym do szerzenia się chorób wenerycznych oraz masowych gwałtów)”.
Masowych gwałtów nie odnotowano, za to masową histerię – tak. Normą były notoryczne kradzieże zdjęć, ale także oblewanie ich farbą i żrącymi płynami. Do Krakowa (szczególnie na pierwsze edycje „Venus”) ciągnęły pielgrzymki: uczniowie szkoły milicyjnej w Szczytnie, kolejarze, żołnierze („Jak się da, przyjadę z całym plutonem” – obiecywał jeden). Ślad tamtej fascynacji odnajduję dziś w szacownej warszawskiej bibliotece, gdzie w albumie z wystawy brakuje kilku wyrwanych stron.