Zaledwie kilku tygodni zabrakło dwóm warszawskim informatykom, aby trafić na listę najbogatszych ludzi świata. Ubiegli ich amerykańscy konkurenci. Polacy znowu planują skok na wielką kasę, tym razem chcą zarobić na... demokracji.
Ciasny pokój w centrum Warszawy. W kącie stoją dwa dość stare komputery. Wokół porozrzucane gazety i kubki po kawie. W tym nieładzie, siedząc przed komputerami po kilkanaście godzin dziennie, Tomasz Skalczyński i Kamil Nagrodzki wymyślają kolejne projekty internetowych biznesów. Goście odwiedzający ich małą firmę nie powinni dać się jednak zwieść panującemu tu chaosowi. Zabytkowe komputery to tylko terminale podłączone do stojącego za ścianą nowoczesnego serwera. Z długich wieczorów przed ekranami monitorów Skalczyński i Nagrodzki stworzyli swój własny sposób na
życie. – Mamy pomysł na firmę. Opracowujemy go przez kilka miesięcy. A kiedy cała technologia działa na najwyższych obrotach, oddajemy go w zarządzanie zaufanym ludziom i zaczynamy robić kolejny projekt – opowiada Tomasz Skalczyński. Na razie mają pięć takich projektów za sobą: najpopularniejszą rodzimą wyszukiwarkę NetSprint, drogerię internetową Esentia.pl, witrynę pozwalającą ustalić, czy
praca naukowa nie jest kopią innej – Plagiat.pl i spółkę finansową Astatis. Ale to nie koniec. W zanadrzu spółka Skalczyński & Nagrodzki ma już trzy kolejne pomysły.
Fortuna na wyciągnięcie ręki
Podobnych do nich biznesmenów na próżno szukać w Polsce nawet ze świecą w ręku. Internet dał im niepowtarzalną szansę. Ich projekty, przynajmniej na początku, nie wymagają poważnych nakładów finansowych. Tak było z ich pierwszym samodzielnym dziełem – internetową wyszukiwarką NetSprint. W jej rozwój wspólnicy nie włożyli grosza, a tylko swój czas.
– Znaleźliśmy inwestora XOR Solutions, który wyłożył kasę. Sami przez pół roku pracowaliśmy za niewielkie pieniądze – wspominają.
Ale właśnie wtedy, gdy w bólach rodził się NetSprint w 2000 r., Skalczyński i Nagrodzki byli o krok od prawdziwej fortuny. Wyszukiwarki są obecnie drugimi pod względem popularności witrynami w Internecie, ustępując pola tylko portalom informacyjnym. Powód ich popularności jest prosty – coraz trudniej znaleźć
w sieci WWW poszukiwane informacje.
Gdy okazało się, że Internet rozwija się w tempie, za którym nikt nie jest w stanie nadążyć, a liczbę stron zawierających różne
informacje zaczęto liczyć w milionach, głównym problemem stało się znalezienie i selekcja właściwej informacji w gąszczu wirtualnych
danych. Pierwsze wyszukiwarki były dość prymitywne. Ale rynek uległ gwałtownej zmianie wraz z pojawieniem się firmy Google.
– Szybko zdobywali rynek, bo mieli produkt o klasę lepszy od konkurencji – opowiada Skalczyński. – Goniliśmy ich, bo nasza wyszukiwarka była tak samo świetna. Byliśmy naprawdę blisko, lecz w sierpniu ubiegłego roku Google zadebiutowało na giełdzie, pozyskując od inwestorów 1,7 mld dol. W ciągu kilku miesięcy wartość akcji spółki wzrosła dwukrotnie, a jej założyciele – amerykańscy odpowiednicy Skalczyńskiego i Nagrodzkiego – Larry Page i Sergey Brin dołączyli do ekskluzywnego grona miliarderów.
NetSprint z powodu braku kapitału zaprzepaścił swoją szansę. Na internetowy boom się już nie załapał. Kiedy pod koniec 2000 r. wyszukiwarka ujrzała światło dzienne, oparte na pustych obietnicach i nieprzynoszące zysku spółki internetowe padały już jak muchy. – Inwestorzy na słowo Internet zaczęli reagować jak na trąd – wspomina Skalczyński.
Ale NetSprint znalazł swoją niszę. Licencję na korzystanie z systemu wyszukiwania kupił najpierw portal Hoga. Kilkaset tysięcy zarobionych na tej transakcji pozwoliło na dalszy rozwój firmy. Lecz zastój w branży spowodował, że oprócz wyszukiwarki musieli się zająć także
innymi projektami. – Świadczyliśmy usługi budowy systemów informatycznych. Braliśmy prawie każdą ofertę, bo byliśmy w stanie zrobić niemalże wszystko – mówi Nagrodzki. Tak powstał m.in. system windykacyjny w firmie telekomunikacyjnej Netia, którego realizacji (ze względu na krótki termin i wysoki poziom skomplikowania) nie chciał się podjąć nikt inny.
Pod koniec 2001 r. wspólnicy postanowili porzucić zarządzanie firmą i zabrać się za kolejne projekty. Prezesem spółki został Artur
Banach, który po krótkim okresie pracy w firmie konsultingowej doszedł do wniosku, że woli robić coś na własny rachunek. Pod jego rządami spółka rozwinęła się w drugą pod względem popularności wyszukiwarkę internetową w Polsce. Z możliwości NetSprinta co miesiąc korzysta co dziewiąty polski internauta. Kluczem do sukcesu było podpisanie umowy z Wirtualną Polską, która do dziś korzysta z ich wyszukiwarki. Przychody firmy w ubiegłym roku wyniosły 1,7 mln zł. W tym mają przekroczyć już 4 mln zł. Nic dziwnego, skoro z usług NetSprinta korzysta już 140 polskich portali. Dwukrotnie NetSprint został uznany za najlepszą polską wyszukiwarkę. A w 2004 r. w rankingu firmy konsultingowej Deloitte & Touche znalazł się na siódmym miejscu wśród najprężniej rozwijających się firm w Europie Środkowej. W nagrodę duet informatyków zaproponował Banachowi udziały w firmie. – Planujemy niebawem rozpocząć ekspansję zagraniczną. Na razie jesteśmy tylko na Litwie, ale traktujemy to bardziej jako poligon doświadczalny. Rozważamy wejście na rynek niemiecki, czeski, słowacki, węgierski, może i ukraiński – zapowiada Banach.