Chcąc ratować twarz i uniknąć totalnej katastrofy finansów publicznych, załamania budżetu, drastycznych cięć i podwyżek podatków, podobnych do tych w krajach bałtyckich, MF i MPiPS podjęły swój desperacki krok - zaproponowały obniżkę puli składek przekazywanych do OFE. Tym samym dobitnie udowodniono, że krytycy reformy systemu ubezpieczeń emerytalnych tzw. II filara mieli od początku rację. Za jednym zamachem unaoczniono polskiemu społeczeństwu, że finanse publiczne są w ruinie, a system emerytalny oparty o OFE i tzw. II filar ewidentnie się nie sprawdzają. Gwarantuje on bowiem wyłącznie wirtualne emerytury w dalekiej przyszłości za 30 czy 40 lat, ale generuje już dziś bardzo realne koszty. Co roku budżet państwa musi dopłacać do OFE 20-30 mld zł. Zaproponowano podobno, bez wiedzy i zgody premiera RP, przykręcenie kurka z naszymi składkami do OFE. Według minister pracy i polityki społecznej J. Fedak OFE nie mogą zarabiać kosztem emerytów, choć przez ostatnie 10 lat to właśnie robiły i nikogo z rządzących to nie raziło. Zamiast więc 7,3 proc. naszego wynagrodzenia OFE miałyby dostać jedynie 3 proc. składek. Pozostałe 4,3 proc. składek trafiłoby do ZUS-u na specjalne konta, gdzie byłyby waloryzowane. Od niższych składek OFE pobiorą niższe prowizje. Dzisiejsze roczne wpływy z tego tytułu szacowane są na około 500 mln zł. Konfitur będzie więc znacznie mniej. Dla rządu i MF to gra o nie byle jaką stawkę i o potężne pieniądze, bo o około 13 mld zł, o które można by pomniejszyć skalę dramatycznie rosnącego długu publicznego, grożącego przekroczeniem 55-proc. progu już w 2010 r. Po długo wymuszanej na OFE obniżce opłat za zarządzanie z 7 proc. do 3,5 proc z początkiem 2010 r. byłaby to więc kolejna konsekwencja, która spotyka to niezbyt efektywne i bardzo kosztowne przedsięwzięcie, jakim jest tzw. II filar i OFE. Mimo olbrzymiego chóru obrońców OFE, lobbystów, tzw. dyżurnych autorytetów na czele z niezawodnym R. Petru, OFE tak naprawdę niczego nam nie gwarantują. Na razie to ciągle obietnice, zapewnienia, miraże, a fakty są porażające. Jeśli ktoś uwierzył, że z powodu wprowadzenia elementu rynku kapitałowego do polskiego systemu emerytalnego problem emerytur zostanie raz na zawsze rozwiązany oraz że OFE całkowicie uniezależnią nas na starość od stanu polskiego budżetu, koniunktury gospodarczej, stanu polskiego zadłużenia czy sytuacji demograficznej, ten był wielce naiwny i wierzył w cuda. Tak naprawdę jedynym i ostatnim gwarantem w razie kłopotów będzie państwo polskie i jego budżet. O ile OFE nie będą chciały się reformować, to w następnych latach po pęknięciu kolejnych baniek spekulacyjnych na giełdzie, nasileniu się zjawisk kryzysowych czy przekroczeniu kolejnych progów zadłużenia, spotkają je kolejne niemiłe niespodzianki. O ile zamiast cenzurować i zwalczać krytyków, same OFE nie wyjdą naprzeciw niezbędnym zmianom, to będzie źle - będą wcześniej czy później znacjonalizowane.
Lobbyści do boju
Po propozycjach MF i MPiPS w sprawie zmniejszenia o 60 proc. składek wpływających do OFE zawrzało. Z natychmiastową odsieczą dla oburzonych OFE pospieszyła prawdziwa armia z premierem rządu RP na czele. Premier bardzo skutecznie zdezawuował i ośmieszył dwóch ważnych swoich ministrów, jak zwykle dając zapewnienie na wyrost, że nic się nie zmieni. Z odsieczą pospieszyło natychmiast liczne i głośne w mediach grono lobbystów. Media zaroiły się od apeli, listów protestacyjnych pełnych oburzenia, żywcem wyjętych z innej epoki. Redaktorzy czołowych gazet wylewali krokodyle łzy nad niesprawiedliwością. Protestowano przeciwko „zamordowaniu doskonałej reformy”, uderzeniu w fundamenty demokracji. Ludzie z branży zapowiedzieli wręcz powstanie. Przedstawiciele Izby Gospodarczej OFE zaczęli ubolewać nad zburzeniem konsensusu społecznego i naruszeniem umowy społecznej. Przedstawiciele OFE nazwali nawet plan zmniejszenia składek do OFE diabelskim planem, a skutki dla emerytów - katastrofalnymi. Tak to w Polsce wszyscy troszczą się o emeryta.
A kto nas pytał o zgodę?
Ciekawe tylko, kto tak dbał o nasze interesy i emerytury, liczył się z polską opinią publiczną przez ostatnie 10 lat, kto zawierał jakieś rzekome porozumienia, kto pytał polskich potencjalnych emerytów, czy chcą mieć w nowym systemie, czyli w OFE, emerytury niższe nawet niż w niewydolnym i powszechnie nielubianym ZUS-ie. Czy chcą mieć stopę zastąpienia, czyli relację ostatniego wynagrodzenia do nowo wypłacanej emerytury na poziomie zaledwie 30-40 proc.? Czy ktoś pytał Polaków w 1999 r. i konsultował z nami, czy chcemy odkładać przymusowo nasze pieniądze, nasze składki właśnie w OFE, czy wolelibyśmy np. w banku na bezpiecznym koncie inwestującym tylko w stabilne rządowe obligacje. Czy ktoś zapytał młodych pracowników, czy w ogóle chcą być przymusowo w OFE, będąc jednocześnie losowanym niczym króliki z kapelusza? Wprost przeciwnie. Mimo wielu obietnic, że system kapitałowy będzie prawdziwym upodmiotowieniem pracowników i polskich emerytów, bardzo szybko okazało się, że nasze pieniądze - nasze składki znowu nie są nasze. Okazało się, że dziedziczenie jest nierealne, emerytury małżeńskie niemożliwe i nieosiągalne, swoboda opuszczania OFE iluzoryczna i nie całkiem bezpłatna, możliwość zaś jednorazowej wypłaty oczywiście w trosce o nasz poziom życia - zabroniona. Realne i zgodne z przewidywaniami okazały się jedynie olbrzymie koszty ponoszone przez budżet państwa, pracowników i pracodawców.
Wirtualne zyski - wirtualne emerytury
Z pełną premedytacją autorzy tej reformy dziś często występujący jako niezależni eksperci i „autorytety” skutecznie przerzucili zarówno koszty, jak i ryzyko inwestowania i wysokość przyszłych świadczeń na nas - ubezpieczonych. Czyżby twórcy reformy ubezpieczeń emerytalnych w II filarze nie rozumieli, że ze spekulacji i wirtualnej zamożności nie wynika gwarancja wypłaty godziwych świadczeń ani cudownego rozmnożenia pieniędzy i dochodów tylko dlatego, że będą mieli nad nimi pieczę zarządzający z OFE - chyba że całą nadzieję będziemy pokładać w hazardzie i spekulacji giełdowej. Świadomie stworzono iluzję, by giełdowi wirtualni bogacze przez najbliższe 30 czy 40 lat liczyli na łut szczęścia, a tym samym na przyzwoite i godziwe emerytury. Ale przecież dziś na ową coraz bardziej wątpliwą emeryturę każdy z nas odkłada blisko 20 proc. swojego wynagrodzenia.
Lepszy model szwedzki
Zamiast nadal liczyć na cudowne skutki mocno zdeformowanej w Polsce przez naszych reformatorów chilijskiej reformy ubezpieczeń emerytalnych, jak najszybciej powinniśmy pójść w kierunku modelu i rozwiązań szwedzkich, co dla polskich emerytów byłoby dużo bardziej korzystne. W Szwecji do odpowiednika polskiego ZUS-u trafia aż 16 proc. składki - u nas tylko 12 proc. A do funduszy znacznie mądrzej usytuowanych i funkcjonujących niż polskie OFE zaledwie 2 proc. składki, u nas - 7,3 proc. Wszyscy z pewnością wolelibyśmy mieć szwedzkie emerytury niż te polskie wypłacane nawet przez OFE. Polskie OFE po dobrych 10 latach dla polskiej gospodarki i intensywnych wysiłkach inwestycyjnych geniuszy zarządzania zarobiły dla nas od 16 zł do 90 zł, a średnio 56 zł na łebka. Aż dziw bierze, że polskie władze odpowiedzialne za finanse, publiczny budżet i emerytury tak późno dostrzegły, że coś tu nie gra. Faktem jest, że „mielenie” i pozorowanie wysiłku inwestycyjnego w przypadku rządowych obligacji czy skarbowych papierów wartościowych i pobieranie za to wysokich prowizji to zwykła lipa i naciąganie. To przecież kosztowne, nieracjonalne ekonomicznie i bezsensowne. Gdzie tu logika, gdzie korzyść dla emerytów? Cała ta reforma od samego początku była niekorzystna dla polskiego emeryta i budżetu państwa, a bardzo korzystna dla OFE i ich właścicieli. To trzeba koniecznie zmienić i to jak najszybciej - w innym wypadku skończy się to prawdziwą nacjonalizacją tak jak w Argentynie czy próbami nacjonalizacji jak na Słowacji.
Janusz Szewczak
autor jest analitykiem gospodarczym
cały tekst opublikowany
na stronie gf24.pl