Komu jak komu, ale Polakom należał się ten medal - mówi Grzegorz Tkaczyk zapowiadając swój powrót do reprezentacji.
- Jestem pod ogromnym wrażeniem tego, co zrobili Polacy. To było niesamowite. Wielki szacunek dla chłopaków - mówi Grzegorz Tkaczyk. Były kapitan biało-czerwonych po igrzyskach w Pekinie zrezygnował z występów w drużynie narodowej, ale wbrew obiegowej opinii, jaka pojawiła się „w drugim obiegu”, wcale nie skończył reprezentacyjnej kariery. Wręcz przeciwnie. Zamierza jeszcze nieraz przeżywać tak wspaniałe chwile z ekipą Bogdana Wenty, jakie miały miejsce w Chorwacji. - Chłopcy dokonali rzeczy wydawałoby się niemożliwej. Wychodzili z eliminacji z zerowym dorobkiem punktowym, a jednak awansowali do strefy medalowej. Komu jak komu, ale Polakom szczególnie należał się ten medal.
- Gdy do końca spotkania z Norwegią pozostawało niespełna półtorej minuty, a my przegrywaliśmy dwoma bramkami w meczu, który musieliśmy wygrać, wierzył pan, że wygramy?
- Przede wszystkim to ja w ogóle nie przypominam sobie takiego meczu. Zdarzały się różne dramaty, horrory, jak chociażby nasz mecz z Duńczykami na mistrzostwach świata w 2007 roku, wygrany po dwóch dogrywkach. Ale coś takiego? Nigdy. Chyba nikt poza chłopakami nie wierzył, że może się udać ten numer.
- Cud się jednak zdarzył...
- Przed ostatnią akcją powiedziałem nawet do żony, że możliwe jest nasze zwycięstwo, jeśli Norwegowie popełnią juniorski błąd. I Kristian Kjelling chyba mnie usłyszał, bo zachował się jak junior. Zamiast wyjść w górę i rzucać w kierunku bramki, szukał kołowego, którego tam nie było. Jak widać cuda się zdarzają.
- Fenomenalne było też zachowanie „Siódyma”, który ze stoickim spokojem, na sześć sekund przed końcem meczu, rzutem przez całe boisko trafił do pustej bramki Norwegów.
- Myślę, że Artur tak naprawdę nie wiedział ile sekund zostało do końca meczu. Po prostu wziął piłkę do ręki i rzucił w kierunku bramki. Gdyby wiedział, że jest ich tak mało, to pewnie ręka nie byłaby tak spokojna. A tak wyglądało, że rzeczywiście rzucił w sposób bardzo luzacki, wręcz coolerski. To była najważniejsza bramka Artura w reprezentacji.
- A po pierwszych meczach turnieju na „Zdechłym” wieszano psy, twierdzono, że Wenta zabrał go do Chorwacji za zasługi.
- Damian udowodnił niedowiarkom, że jest zbyt dobrym zawodnikiem, by odchodzić z reprezentacji. To jest w tej chwili prawdziwy lider zespołu, fenomenalnie prowadzi naszą grę, bardzo mądrze i rozważnie. Procentuje jego doświadczenie. Proszę zauważyć, że praktycznie nie tracimy w ataku głupich piłek, jego zasługą jest uspokojenie w kluczowych momentach naszej gry.
- W Niemczech mocno są rozczarowani niezakwalifikowaniem się mistrzów świata do półfinałów?
- Ogromnie. Niemcom tak naprawdę zabrakło 10 sekund do szczęścia w meczu z Danią. We wszystkich dziennikach słyszałem wielkie pretensje pod adresem sędziów. Widać zapomnieli, jak dwa lata temu im sędziowano w Niemczech, ale to ich problem.
- Polscy kibice czekają na powrót Grzegorza Tkaczyka do reprezentacji.
- Kibice czekają na Tkaczyka w dobrej dyspozycji, a niestety, z powodu kontuzji kolana nie jest z moją formą tak dobrze. Nawet gdybym był w Chorwacji, to niewiele bym pomógł kolegom z drużyny.
- Optymistyczne jest jednak to, że nie odżegnuje się pan od gry w kadrze.
- Na pewno wrócę do reprezentacji! Nigdy nie mówiłem, że kończę z reprezentacją, tylko że zawieszam w niej swój udział.
- Plotką jest też pana konflikt z trenerem Bogdanem Wentą?
- Absolutnie nie ma żadnego konfliktu między nami. Z Bogdanem zawsze doskonale się rozumieliśmy.
Zbigniew Cieńciała